CO URZEKŁO MNIE W KOREAŃSKICH KOSMETYKACH I CO MA Z TYM WSPÓLNEGO PSZCZÓŁKA?

Nie jest żadną tajemnicą, że Korea Południowa zajmuje spore miejsce w moim sercu. Czas leci, miłość rośnie, a wraz z nią apetyt na koreańskie produkty. Za co pokochałam koreańskie kosmetyki do pielęgnacji?


Widziałam już chyba wszystko…

A przynajmniej takie miałam wrażenie przez długi czas. W swoim życiu przetestowałam wiele kosmetyków, które miały pomóc mojej bardzo wymagającej cerze i byłam pewna, że nic nie jest w stanie mnie już zaskoczyć. Przyznam szczerze, że mimo mojej ogromnej miłości do Korei Południowej trzymałam się z daleka od koreańskich kosmetyków do twarzy. Najzwyczajniej w świecie bałam się, że mimo tego, że pokochały je miliony polek – okażą się kolejnym bublem, który tylko pogorszy stan mojej skóry. Właśnie z tego powodu długo wzbraniałam się przed użyciem jakiejkolwiek maski w płachcie. Aloesowy żel do mycia twarzy wydawał mi się być złem wcielonym – kiedyś użyłam jakiegoś kremu z aloesem do twarzy i dostałam okropnej reakcji alergicznej. Okazuje się jednak, że maseczka maseczce nierówna, a aloes aloesowi też nierówny.


 

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Karolina Lewandowska (@mama_kubusia.pl)

Koreańskie kosmetyki

Jakiś czas temu postanowiłam się przełamać. Wyszłam z założenia, że skoro inni tak pięknie chwalą te maski w płachcie i nie słyszałam jeszcze żadnego “ale…“, żadnych skarg czy słów o uczuleniach – to może jednak warto spróbować?

Nawet nie macie pojęcia, jak bardzo się cieszyłam, kiedy dotarła do mnie przesyłka pełna koreańskich produktów. Uśmiech nie schodził mi z twarzy przez kilka godzin! I tutaj warto wspomnieć o tym, co z tym wszystkim wspólnego ma pszczółka, prawda? Otóż wszystkie te cuda pochodzą ze sklepu internetowego Bee.pl, który w swojej ofercie ma kosmetyki naturalne i to nie-by-le-ja-kie! Przyznam, że chyba pierwszy raz spotkałam się z taką dokładnością przy pakowaniu produktów! Każda maseczka osobno zawinięta w puszystą folię! Choćby kurier grał w piłkę nożną tą paczką, to jestem pewna, że nic nie uległoby zniszczeniu! Wróćmy jednak do samych kosmetyków…

Testowałam sobie te maseczki w płachcie przez kilka tygodni, więc teraz już mam swoich faworytów i to kilku. Moje serce skradły cztery maski: “ALL THAT BLACK” i Panda z serii “Animal Mask” od Skin79, oraz “Grean Tea” i “Cucumber” od Holika Holika. Moja skóra na co dzień jest bardzo sucha, zaczerwieniona, pełno na niej “pajączków” – wszystkie te maski przyniosły mi efekt oczyszczenia, a przede wszystkim głębokiego nawilżenia. Z kolei aloesowy żel do mycia twarzy, którego tak strasznie się bałam jest po prostu fenomenalny. Odstawiłam teraz na bok wszystkie swoje kosmetyki do demakijażu i używam wyłącznie tego produktu – co ważne, jest bardzo wydajny.

Chcąc nie chcąc dołączam teraz do grona osób, które pokochały koreańskie kosmetyki. Moja lista produktów do przetestowania jest jeszcze bardzo długa, więc pewnie jeszcze nie raz o nich napiszę.

Może Ci się również spodoba

1 Odpowiedź

  1. ola pisze:

    super ciekawy wpis

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.