JAK PO LATACH URATOWAŁAM SWOJĄ CERĘ?

Nie jest żadną tajemnicą, że przez długie lata zmagałam się z bardzo wstydliwym i strasznie uciążliwym problemem, jakim jest trądzik różowaty. Chcesz wiedzieć, jak pokonałam go bez pomocy specjalistów?


Wstawałam rano i moja pierwszą reakcją był ból, do którego po dojściu do łazienki dochodził cichy płacz. Spoglądanie w lustro było dla mnie niczym cios w serce, a dotykanie twarzy przypominało ból doświadczany podczas podpalania skóry. W ówczesnym stanie nie byłam w stanie wyjść z domu, a makijaż coraz częściej pogarszał jedynie sprawę. Twarz piekła i swędziała niemiłosiernie doprowadzając mnie tym do łez. Wyglądałam i jednocześnie czułam się, jak jedno wielkie nieszczęście, a wszystko za sprawą wieloletniego złego odżywania, papierosów i nadmiaru stresu. Nie wstydzę się mówić o tym głośno, choć jeszcze mniej więcej rok temu miałam problem z wychodzeniem z domu. Wielokrotnie odwoływałam spotkania czy inne plany powołując się na różne powody. Nikt jednak nie znał tego prawdziwego, a była nim… Moja własna twarz.

Czym jest trądzik różowaty?

Trądzik różowaty – przewlekłe i zapalne schorzenie skóry (dermatoza) dotyczące osób w wieku dojrzałym, które polega na  występowaniu wykwitów rumieniowych, grudkowych i krostkowych. Rozwijają się one głównie na podłożu łojotoku oraz zaburzeń naczyniowych. Trądzik różowaty jest chorobą skóry przebiegającą z naprzemiennymi okresami zaostrzenia i wyciszenia się objawów.” – źródło: Wikipedia

Odwiedziłam kilku dermatologów i prawdę mówiąc jedynym, co ich łączyło była diagnoza: trądzik różowaty. Mnóstwo specjalistycznych maści, kremów i nic. Jedynie antybiotyki w połączeniu z maścią ze sterydami dały krótkotrwały efekt. Wciąż słyszałam: proszę nie palić papierosów, proszę zadba o odpowiednią dietę i przede wszystkim proszę się tyle nie denerwować, stres bardzo Pani szkodzi. Szkoda tylko, że całe to gadanie lekarzy frustrowało mnie najbardziej. Miałam wtedy sporo problemów, a oni wszyscy kazali mi ograniczyć stres do minimum. Poddałam się.

Wiele miesięcy później zaczęłam interesować się kosmetykami koreańskimi bardziej niż zwykle. Stosując kosmetyki pielęgnacyjne i maseczki w płachcie – metodą prób i błędów (która swoją drogą była mniej kosztowna, niż leki zapisywane przez dermatologów) dotarłam do dwóch składników, które mają zbawienny wpływ na moją skórę. Po dłuższym ich stosowaniu i reakcji po spotkaniu z osobami, które od dawna mnie nie widziały – byłam pewna jednego: wybrałam dobrze.

Aloes i zielona herbata

Oglądając swoje stare zdjęcia łapię się za głowę. Okropne i bolesne stany zapalne, małe pryszczyki w różnych miejscach i okropne grudki na twarzy. Teraz? Owszem, moja twarz wciąż jest zaczerwieniona w tych samych miejscach, jednak obecnie nie mam żadnego problemu z ukryciem tego pod najzwyklejszym fluidem z drogerii. Pryszcze? Wypryski? Raz na kilka miesięcy i to tylko przed miesiączką. Cera gładka i przyjemna w dotyku. W efekcie tego wszystkiego zdarza mi się nawet zaprowadzić Kubę do szkoły czy wynieść śmieci bez makijażu – co jeszcze nie tak dawno było kompletnie nie do pomyślenia!

Muszę przyznać, że najkorzystniejsze dla mojej cery okazały się być aloes i zielona herbata. Wypróbowałam wiele kosmetyków, w których grały one pierwsze skrzypce, jednak wciąż nie byłam do końca zadowolona. Brakowało mi tego magicznego czegoś, tego efektu wow, tej pełnej satysfakcji. Z reguły oszczędzam na sobie na rzecz mojego dziecka, więc wolałam, aby produkty, które kupuję były w stu procentach dopasowane.

Jeszcze latem wyświetliła mi się w internecie reklama linii kosmetyków “Green Tea Detox“, marki Garnier. Mimo sprzecznych opinii w internecie – postanowiłam je wypróbować. Tonik, żel do mycia twarzy i krem – to one okazały się być tymi kosmetykami, których szukałam od dawna. Moja twarz jest gładka, miękka, miła w dotyku. Gdyby nie zaczerwienienia – chętnie zrezygnowałabym z fluidu! Nic więc dziwnego, że widząc mega promocję w Biedronce, zakupiłam spory zapas całej trójki, prawda?

Dodatkowo dwa razy w tygodniu stosuję inne produkty z zielonej herbaty. Pierwszym z nich jest paska w płachcie “Green Tea” koreańskiej marki Holika Holika. Drugim zaś to “Express Mask” – aloesowa i intensywnie nawilżająca maska marki Perfecta. I o ile tę pierwszą rzeczywiście ściągam po kilkunastu minutach, a resztki wsmarowuję w twarz i dekolt… o tyle maska aloesowa często chodzi spać razem ze mną.

Stosując tylko i wyłącznie te kosmetyki przez wiele miesięcy – śmiało, a i jednocześnie skromnie mogę powiedzieć, że efekty są aż zdumiewające. Dowodem tego jest reakcja ludzi, którzy spotykają mnie po długim czasie.

Psssst. Nie, to nie jest wpis sponsorowany, a marki takie jak Garnier czy Holika Holika niestety nie zapłaciły mi za reklamę. Zapas kosmetyków zakupiłam sama w Biedronce na sporej promocji i innych drogeriach internetowych!

Może Ci się również spodoba

6 komentarzy

  1. SchwytaneChwile pisze:

    Ja myślę że trzeba trafić na odpowiedni kosmetyk dla siebie metodą prób i błędów… Super że Tobie się to udalo

  2. OgloszeniaTu pisze:

    Super wpis :)

  3. NSports pisze:

    Bardzo fajny wpis :)

  4. LofCiam pisze:

    Dobry tekst, warto przeczytać :)

  5. InServis pisze:

    Super test :)

  6. GraOTron pisze:

    Super się czyta, Pozdrawiam :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.